;
RSS
sobota, 28 stycznia 2012
ACTA srACTA.

Jako pierwszy wpis w tym roku miałem tutaj wrzucić parę obserwacji podsumowujących mój rok życie w trzeźwości, sporządzić małe zestawienie muzyki, która na mnie największe wrażenie wywarła w 2011 A.D., ale niestety będę to musiał przełożyć na raz następny, gdyż z tego co widzę cały świat, jak jeden mąż popierdoliło!!! 
A o co mi sie rozchodzi? A o całą globalną masową histerię związaną z ACTA, PIPA i innymi z palucha wyssanymi bujdami, które przecież wiadomo, że nigdy w życiu nie dojdą do skutku, z tej prostej przyczyny, że nawet a czysto prawniczego punktu widzenia stoją w rażącej opozycji, a przynajmniej niezgodności względem większości konstytucji krajów europejskich, gwarantujących swobodę wyrażania przekonań, myśli i informacji w sposób niczym nieskrępowany. To jest również jedno z  głównych założeń prawa unijnego, więc masowa histeria studentów już dopisujących sobie całą rewolucyjną wręcz ideologię do swojej paniki na myśl, że właśnie zaistniała sugestia szansy na odcięcie ich od wielgachnego cycka z darmowymi mp3 i filmami na dziko, jest co najmniej głupia, niesmaczna i pozbawiona logiki, natomiast moi drodzy kombatanci w walce z systemem, neobarbarzyńscy wojownicy ery post-newworldorderowskiej, moi wy kurwa wasza mać obrońcy wolności wypowiedzi i wolnej myśli, powiedzcie mi, ilu z was do chuja miłego słyszało o cieśninie Ormuz? Jak wielu z was jest świadomych tego, że Ameryka w tym własnie momencie swojej historii balansuje na cieniusieńkiej krawędzi wypowiedzenia wojny Iranowi, gdyż, według słów wiceadmirała Kevina Cosgriffa, "amerykańska marynarka nie pozwoli by 40% światowej ropy stało się zakładnikiem jednego państwa" i z tej okazji brytyjski niszczyciel przeciwlotniczy, HMS Daring własnie wpłynął na wody terytorialne Iranu? Czy któryś z was, wy ciężcy kretyni, piszczący, że na pewno przyjdzie zły pan i internet zabierze, zdaje sobie sprawę, że Iran dysponuje wzbogaconym uranem, potrzebnym do produkcji broni nuklearnej, a w tym konflikcie Rosja otwarcie go popiera? Czy teraz jeszcze chce się wam myśleć o jakimś śmiesznym straszaku i ekscytatorze gawiedzi, nagłośnionym specjalnie tylko po to, żebyście nie zwracali uwagi na istotny szczegół polegający na tym, że świat może stać na progu katastrofy? Jeśli tak, to zaprotestujcie się przeciwko ACTA na śmierć, ja mam to serdecznie w dupie...

No soundtrack

17:11, whitetrash69
Link Dodaj komentarz »
sobota, 24 grudnia 2011
Mister Kilmister, czyli wesołych świąt

No i akcja "Karp" 2011 zakończona sukcesem. Bęben dzielnie walczy z paskiem w portkach o supremację, rodzina legła, z cicha popierdując po uczcie na cześć kolesia, który najwyraźniej był przez kilka dni niemowlakiem, a zaraz potem zamienił sie w 33-letniego brodatego hipisa i po zrobieniu kilku trików z rybami, chlebem i dużą iością ludzi został ukrzyżowany, a ja siadłem i oddałem się refleksji. Od ponoć dwóch tysięcy lat z górką, jak świat długi i szeroki, wszyscy siadają 24 grudnia przy stole zastawionym żarciem, dają sobie prezenty, życzą sobie nawzajem też nie najgorzej, wszystko w tak totalnie lukrowano-odpustowej otoczce, że aż na womit bierze... Nikt nie widzi nic niestosownego w fakcie, ze w większości obrazków na bozi narodzenie niejaki Józef jest ze dwa razy starszy od młodziutkiej i słodziutkiej Maryjki, natomiast jak se czterdziestoletni chłop znajdzie 17-letnią kochanke, to już larum, ze pedofil i chuj zagięty i nie po bożemu to wszystko. Ot ciekawostka taka, zagwozdka trochę, trochę prowokacja. Zresztą takich ikonograficznych hec jest w okolicy chrześcijańskiej kultury nieco więcej. Np. ostatnio Najlepsza Z Niewiast powiedziała mi, że klasyczny Dżizas, jakiego wszyscy od kopa rozpoznajemy (wiecie, długie baty, broda+wąchol, hipisowska stylówa i sandały) tak naprawdę "narodził się" w średniowieczu, aby kanonem wizualnym odpowiadał ówczesnemu kanonowi europejskiego rycerza. Wcześniej Jeszuę przedstawiano bowiem jako gładkolicego pastucha.
Dzisiaj jednak wypada 66 rocznica urodzin jednego brytyjskiego nicponia, który swego czasu był dla mnie niemal bogiem. Ian Fraiser Kilmister, dla ogółu znany jako Lemmy urodził się właśnie 24 grudnia 1945 roku, za jednym zamachem załatwiając sobie urodziny, święta i obchody zakończenia wojny w bonusie. Skubany. Od trzydziestu z górą lat udowadnia niestrudzenie jak, nie umiejąc grać ani śpiewać, być najbardziej rasowym, archetypowym i szczerym basistą i wokalistą najbardziej szczerej rasowej i archetypowej kapeli w dziejach, czyli Motorhead. Tym skubańszy. Motorhead jest do teraz dla mnie zespołem bardzo ważnym, nie przeczę, nawet mam na nodze wytatuowany z myślą o nich znak pika karcianego, jednak swego czasu dziadek Lemmy był dla mnie wyrocznią i wykładnią we wszystkich niemal aspektach życia. Chłonąłem jak gąbka każdy tekst Motorhead, każdy wywiad, bałwochwalczy artykulik, wszystko dosłownie. Kiedy dorwałem w swoje łapska "White Line Fever", to było dla mnie jak biblia dla świadka jehowy. Starałem się również żyć tak, jak wyobrażałem sobie, ze mógłby w mojej sytuacji Ian Kilmister. Płacę za to do teraz, jak zresztą każdy, któremu wydaje się, ze tak można bez krociowych zarobków na koncie, dojścia do całej machiny prawniczo-lekarskiej, końskiego zdrowia (co jest akurat faktem) i przede wszystkim, ze tak można naprawdę, nie w plotkach, bajędach itp. Tutaj mała dygresja, informacja dla tych tam wszystkich "polskich Lemmych", "synów Lemmyego", "Lemmy666@cośtam.pl" itp. TAK SIĘ NIE DA. To jest niemożliwe, żeby żyć w ten sposób i nie spierdolić sobie kompletnie życia. Wierzcie mi, byłem tam. Ian Fraiser Kilmister jest jedynym na świecie wyjątkiem, potwierdzającym tą smutną regułę. I wierzcie mi, wiem co mówię. Podam tylko jeden przykład: byłem bardzo bliskiem świadkiem, kiedy ten najsłynniejszy z "polskich Lemmych", Titus z Acid Drinkers, człowiekj trapiony problemem alkoholowym, spierdolił karetką na detoks po zagraniu trzech kawałków na koncercie jego własnej kapeli w Lublinie, uprzednio zarzygawszy backstage i zaliczywszy zgona jak pikujący kamikaze. Niechaj to bedzie przestrogą dla wszystkich naiwnych, którzy twierdzą, ze też tak mogą. Nie mogą. Przypadek Lemmyego jest jeden na kilka ładnych miliardów ludzi na tej planecie.  Jest to przypadek znakomicie opłacanego alkoholika, którego choroba stała się niejako częścią image'u, który w połączeniu z naprawde niesamowitą odpornością organizmu stała się pewnego rodzaju symbolem, który niestety przyciąga chmary idiotów, którzy myślą, ze jak on tak, to oni też. I to jest wlaśnie krzywda, jaką nieświadomie wyrządził swiatu 66-letni facet ze Stoke-on-Trent, którego niektóre płyty juz na zawsze pozostaną w żelaznym kanonie moich najulubieńszych kawałków muzyki wszechczasów.

Na przekór wszystkim pajacom, kubkiem herbaty wznosze twoje zdrowie, stary dziadu!

 

23:50, whitetrash69
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 13 listopada 2011
Ciemny pokój

No to jesień, panie. Zimno się zrobiło, ciemno w dodatku i jakoś tak trupio wszędy. Siedzę w ciemnym pokoju, po sążnym obiedzie, herbacie i kawałku domowego ciasta i jestem spokojny, szczęśliwy, a jednak jakiś taki nerwowy. Z robotą albowiem jest jak jest, ergo takoż z pieniądzem, do dwóch godzin temu byłem głodny i śpiący, bo ostatnie dwa wieczory spędziłem na krzyczeniu na ludzi ze sceny przez co wracałem do Najlepszej Z Niewiast około 3-4 nad ranem, jutro od rana na zajęcia... A teraz jest ciemno, ciepło, swetrowo-herbacianie, w tle dyskretnie sączy sie Royksopp... Lubię ten stan, bo jakaś taka przyjemna melancholia mnie ogarnia. Bardzo jesienne uczucie, całkiem nieźle komponujące się z moją ostatnio narastającą potrzebą izolacji od świata. Trochę za dużo ludzi i sytuacji na raz, za dużo twarzy, których nie chciałem zobaczyć,  jak i takich, których zobaczyć nigdy bym nie chcial, a jednak. Marzy mi sie tydzień, w którym na spokojnie pozałatwiałbym swoje sprawy, ponagrywał to, co mam ponagrywać, a resztę spędził z herbatą i książką. Nic poza tym. 
Ostatnio a propos nagrywania doznałem jakowejś sraczki twórczej, i tak 18.11.2011 wychodzi debiutancki split mojego i Owcy projektu Doom/Death Metalowego, dzielony z krakowskim Deadly Frost, potem nagrywam wokal do punkowo-rockabillowo-big beatowego projektu Thew Wobooz, tworzonegoz Sebą z Thrashowej kapeli Whorehouse, w przyszły weekend robię pierwszą przymiarkę do nagrywania wokalu legendarnemu warszawskiemu Exorcist (trzymać kciukacze!), a na koniec prawdopodobnie wraz z grupą przyjaciół zaczniemy niezobowiązująco jakieś kroki w kierunku Black/Thrash Metalu. W międzyczasie trzeba skończyć piąty juz numer "Oldschool Metal Maniac", gdzie udzielam się edytorsko i wydać pierwszy numer mojego autorskiego zina. Swoją drogą przez rzeczony debiut od kilku dni pławię sie w nimbie twórcy kontrowersyjnego bo jakieś przymiarki i nawet ustalenia co do druku "jedyneczki" Dejekta Infinitus 'zine (bo tak swój organ nazwałem...) zostały powzięte, ale jak przyszło co do czego, to pan drukarz powiedział co następuje "To jest chore, pojebane i ja nie będę tego drukował, jak równiez nie chcę mieć nic z tym wspólnego. Życzę wizyty u specjalisty." I nie wydrukował, więc jakas kontrowersja jest. Dobra, dosć pierdolenia, idę siorbnąć herbaty z pigwą. 
CZUS!

Soundtrack do jesiennej herby z pigwą:


 

18:37, whitetrash69
Link Dodaj komentarz »
sobota, 01 października 2011
No to ćwiara za mną....

Ten, który pomyślał, że o 0,25 jakiegoś gówna szło, niechaj uderzy się we głowę. 27.09.2011 skończyłem 25 lat. Ćwierć wieku za mną. Ćwierć wieku niewinności, winy, głupoty, mądrości, skrajnej nieodpowiedzialności i okazjonalnych przebłysków zdrowego rozsądku. W ciągu tych wszystkich lat zrobiłem chyba więcej złego niż dobrego, czasami tak sobie myślę, że o dobro w życiu zwyczajnie trudniej, za to mniej atrakcyjnie. To tak jak z umieraniem za jakąś sprawę. Umrzeć za coś, cokolwiek by to nie było, mimo, że efektowne, nie jest żadną sztuką. Prawdziwą sztuką, w dodatku trudniejszą i nie nagradzaną oklaskami, jest dla czegoś żyć i robić to w sposób godny. Dopiero niedawno to zrozumiałem. Teraz walczę jak mogę. Jeśli chcecie mi czegoś życzyć, życzcie mi szczęścia. Na pewno się przyda.

Zamiast stolat:



04:42, whitetrash69
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 01 września 2011
Spluwy i róże

Tak się zastanawiam, jak to jest. Jak byłem mały największym zespołem we wszechświecie byli akurat Guns'n'Roses (przez wszystkich moich rówieśników zwani z niewiadomych przyczyn "ganzes rołzes"). Każdy facet chciał być Axlem, każda laska chciała mieć kontakt fizyczny ze złotymi palcami Slasha (z wyjątkiem tych, które akurat chlipały w poduszkę z powodu beznadziejnej miłości do Duffa...), wszystkie gazety i magazyny z "Bravo" na czele donosiły co też w danym tygodniu zmalował Rudy z kolegami, z niezliczonych odtwarzaczy kasetowych potępieńczo skrzypiały kasety z przegrywaną upiorną niemiecką składanką "Kuschel Rock", na której gunsowe "Don't Cry" było głównym hajlajtem, jedni kochali, drudzy nienawidzili, obojętnych nie stwierdzono, aż przyszedł 1995 i... Właściwie do teraz nie rozumiem (a zaznaczam, ze piszę to subiektywnie, co oznacza, że opisuję osobiste wrażenia 9-letniego podówczas szczawia, bez konsultowania ich z wikipedią...), jak największa kapela rockowa świata i idole milionów zniknęli z publicznej świadomości niemal z dnia na dzień. Był nawet taki moment, że nawet nieśmiertelne, zgrane do obrzygania "Knockin' On Heaven's Door" zmarło w eterze, a to samo "Bravo", które jeszcze kilka lat wstecz dumnie prezentowało na swoich okładkach płomiennowłosego Mr.Rose'a donosiło o tym, że kiedyś była taka dość obciachowa kapela Guns'n'Roses i właśnie wydała nikomu do niczego nie potrzebną koncertową składankę przebojów geriatrycznych "Live Era: '87-'93". Pamiętam jeszcze taki wywiad ze Slashem, co go w telewizyjnej "dwójce" puszczali i przeprowadził go bodaj Rogowiecki (ale se jajec za to uciąć nie dam...). Saul Hudson perorował w nim zawzięcie o nowym projekcie Slash's Snakepit (dwie zajebiste płyty. Szkoda, ze chłopina tego nie kontynuuje...), o tym jak żebrał od ludzi na ulicy pierścionki, bransoletki itp. duperella i o tym, że problemy Gnatów i Powoju są jeno przejściowe. Kto by przypuszczał, że Gansi już nigdy nie wrócą chociaż w 1/666 tak mocni jak kiedyś? Naczy niby są, niby "Chinese Democracy", niby Axl po staremu ludzi wkurwia, nie pojawiając sie na własnych koncertach i strzelając 4 Wielkie Artystyczne Fochy tygodniowo, ale czy ktokolwiek tak naprawdę wierzy, że ten cały cyrk, mający podreperować finanse i ego ryżego spaślaka kiedykolwiek chociaż stało obok Guns 'n Roses? Przecież na zdrowy rozum na "Chńskiej Demokracji" nie ma nic kontrowersyjnego, energetycznego, porywającego ani chociaż sensownie zaaranżowanego (z wyjątkiem może całkiem niezłego "Shackler's Revenge"). Na 16 lat buńczucznych zapowiedzi i prężenia otłuszczonej klaty to cheba ździebko mało, co panie Rose? Ale mimo to powrót zespołu do świadomości publicznej stał się faktem. I bardzo dobrze, bo ich trzy zasadnicze płyty to petarda jakich mało, a historyjki z czasów, kiedy sam zespół był "najniebezpieczniejszym bandem na Ziemi" są na trwałe zapisane złotą czcionką w annałach rock'n'rolla. I nawet przejebanie rozrośnięte ego Williama Bruce'a Bailey-Rose'a nie jest w stanie zepsuć mi przyjemności słuchania obydwu części "Use Your Illusion", chociaż przyznam szczerze (i nieco ciotowato, ale trudno), że kiedy słucham "Estranged", to mam wrażenie jakbym żegnał przyjaciela, którego raczej już więcej nie zobaczę.
Dzisiaj każdy stary "Gans" ma swoją osobistą mutację G'nR, przy pomocy której dorabia do milionowej emerytury. Izzy Stradlin nagrał ponoć już 10 nikomu nie potrzebnych do niczego płyt, Slash solo na koncertach wałkuje w większości stare przeboje, podobnie Duff McKagan i jego Loaded, o bidnym Stevie Adlerze, usiłującym jeszcze raz przeżyć młodość z Adler's Appetite, litościwie nie wspomnę, zaś Axl skutecznie sra w papier Pizdoletom produkując się z jakąś bandą podrzędnych, przypadkowych muzyków. Mi pozostaje tylko odpalić sobie "Appetite For Destruction" i powspominać czasy, kiedy chciałem być rudy, mieć tatuaże, zajebiście śpiewać i trafić do pierdla za pobicie żony. I właśnie za to wam dziękuję, piątko buraków z jebanego Lafayette w Indianie...

Ku pamięci Najgorzej Ubranego i Najniebezpieczniejszego Zespołu Świata:




A co u mnie? A nadal jestem trzeźwy, z domu się wyprowadziłem i znalazł się Ten Ktoś. Jeszcze tylko jakaś praca i będzie zupełnie nieźle. Trzymajcie kciuki, a kto nie trzyma ten je psie kupy.

Tekst powstał, bo puściłem sobie:

i zacząłem dumać.

03:25, whitetrash69
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 28 lipca 2011
Fateor me Metalowczyk

To jedak musi zostac powiedziane. Jestem metalowcem. Tak. Jestem jednym z tych niereformowalnych imbecyli, którzy sa zdolni traktować całkiem serio muzykę, która (cytując Pewnego Literata) "jest tak biedna i słaba, że musiala założyć czarne ciuchy, żeby wyglądać groźnie" (pozdro, Łukaszu!). Tak, robi na mnie wrażenie muzyka, która brzmi jak kuchnia polowa spadająca ze schodów na tle włączonej piły łańcuchowej. Tak, mam długie włosy i sporą ilość płyt i kaset, ozdobionych kiczowatymi/obrzydliwymi malunkami, czerpiącymi z palety tematycznej: koza/pentagram/ogień/goła baba/trupy (żywe i, z przeproszeniem, martwe)/zwyrodnienia seksualne/ czynienie drugiemu co tobie nie miłe. Tak, spora część z tych obrazków przewija się również w elementach mojej codziennej garderoby. Tak, posiadam kurtkę skórzaną z maciupcimi znaczkami z trupimi czachami w klapie, dżinsową kamizelkę (którą niekiedy zwie się z ludowsza "kataną"), na której ponaszywane są emblematy różnych ansambli muzycznych w ilości przerażającej, pieszczochy z gwoździ i inne takie figlarne fatałaszki. Czasami je zakładam nawet. Czasami wręcz stanowią mój tzw. image sceniczny (piszę te dwa słowa z niejakim zażenowaniem, ponieważ stwierdzenie "image scenizny" jest mi ze wszech miar obmierzłe...). Nie, nie posiadam glanów, zielonego plecaka ani kupionego w metalszopie pentagramu, bo uważam ww. przedmioty za syf okrutny i atrybuty, że tak to ujmę, rolne. Nie uważam również, że aby być metalowczykiem należy koniecznie przez cały dzień prowadzić wewnętrzna wojnę o prymat Iron Maiden nad Metalliką. Mimo klasowych albmów obydwu tych zespołów nie słucham ich na codzień. W przeciwieństwie do tego, co można podziwiać w komentarzach pod filmami na YouTube uważam za skrajny idiotyzm wszechobecne utyskiwanie samozwańczych metalowców/rockersów nad istnieniem niejakiego Biebera Justina i Lady Gagi, lamentując przy tym jak to strasznie, że w radio puszczają głównie pop i dlaczemu nie Dżem i Iron Maiden. Uważam tak z prozaicznego powodu: parafrazując Mamoniową z "Rejsu", nikt nikogo pod pistoletem nie zmusza do słuchania pana Biebera, więc jako że mam możliwość nie słuchania go nie robię tego. Wolę poszukać kolejnej metalowej kapeli z trzeciego swiata, która nagrała milion lat temu jedno demo, wydane w ilości takiej, żeby starczyło dla mamy, brata i sąsiada, a o której pewnie większość dzisiejszych chłopczyków i dziewczynek mieniących się fanami metalu w życiu nie usłyszy, bo będzie wolała siedzieć i narzekac na to, że płyty drogie, koncerty drogie, śliczne, nowiutkie chromowane pieszczochy w metalszopie drogie, nic tylko naściągac mp3 i narzekać, że biednemu metaliście wiatr w dupę i chuj w oczy na każdym niemal kroku. Nalepiej takie utyskiwanki idą w parze z przechwalaniem sie ile to sie na danej imprezie nie wypiło, zupełnie ignorując fakt, ze jakby się podliczyło koszta zbiorcze alkoholu wyrębanego na tejże, toby i na trzy nowiuśkie płyty starczyło, ale teraz metalowiec musi żyć mitem własnej niezłomności w niesprzyjających czasach i kombatanctwa niemal, na kazdym kroku podkreślając, że że w liceum wołali na niego/nią "szatan!" i wyśmiewali sie z jego/jej kretyńskich butów, bluz i czarnych spodni szturmowych. Takim metalowcem za wszelką cenę staram się nie być. Mimo wszystko mam jakąś tam swoją godność, która by mi nie pozwoliła na podobnie samoużalaszcze jazdy z tak błahych powodów. Uważam też, że żeby być metalowcem najpierw należy słuchac tej muzyki, słuchać dużo, intensywnie i bez ograniczeń gatunkowych na black/death/thrash/doom/heavy/gothic/erotic/banana/lanckorona, starać się pojąć całościowo i chronologicznie historię tego zjawiska muzycznego i zagłębić sie w podziemny jej odłam (bo tam z reguły tworzona jest prawdziwa historia tego gatunku, wbrew temu, co chciałby "Metal Hammer"....), a dopiero potem kupować sobie koszulki zespołów i debilne obroże z ćwiekami. Nie uważam, żeby chodzenie z żulami na tanie wino i słuchanie pijanych proroctw podstarzałych zmenelonych hipisów było niezbędnym elementem słuchania ciezkiego rocka. Pisanie wierszy przez metalowców również uważam za przejaw upadku intelektualno-cywilizacyjnego. Poza metalem lubie posłuchać właściwie każdej dobrej muzyki. Jazz, blues, hip-hop, hard techno, industrial, dobrze pojęty rock gotycki, muzyka klasyczna, folk, outlaw country (na Teutatesa!) i tak sobie jeszcze moge długo wymieniać, ale po co? Oczywiście uznaję podział muzyki na podgatunki, ale nie uznaje idiotycznych antagonizmów między nimi,  wychodząc z założenia, że jedyny sensowny podział muzyki to "muzyka dobra" i "muzyka chujowa". Jednak tak już mam, że najbardziej na swiecie kocham maniackie naparzanie w  perkusję, agresywne riffy i opętańcze wrzaski wokalisty, wypluwającego z siebie kiczowate bluźnierstwa przeciwko bozi i niedorzecznie brutalne opisy robienia komuś krzywdy solo lub w podgrupach. Tak, jestem metalowcem. I co gorsza, nie wstydzę się tego....

Polecam uwadze tekst poniższego: 

Soundtrack:




20:39, whitetrash69
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 lipca 2011
Summertime blues

Od 23 godzin i 52 minut mam wakacje. Zakończyłem sesję egzaminacyjną semestru letniego i obejrzałem koncert podstarzałego pseudosatanisty w Katowicach. Ten momencik, kiedy człek ma świadomość, że nic, ale to zupełnie nic nie musi jest wspaniały. Przede mną jednak zadań siła, jak przed rycerzami trzema u A. Waligórskiego, albowiem w te wakacje planuję:

-nadal nie zapić,

-nadal chodzic na terapię,

-podjąć spowrotem regularność wizyt na basenie i siłowni oraz przynajmniej spróbować po raz drugi w tym roku nawiązać romans ze szóstką Weidera,

-skończyć wiele z zaczętych spraw,

-znaleźć se jakową robotę sezonową,

-dużo czytać,

-i rysować,

-może coś napisać,

-może nie 

Tak więc widzą państwo, że letko nie ma, trzeba walczyć.

4 dni temu minęło dokładnie pół roku odkąd odstawiłem środki zmieniające percepcję i podjąłem próbę ogarnięcia się. Przez ten czas, mam wrażenie, wiele się we mnie zmienło. Przeszłości się nie wyprę ani jej nie zmienię, mam świadomość ogromu zła, jakie nieraz zdarzało mi się wyrządzać i własnej głupoty, która mnie w pewne rzeczy pchała. To się stało i nie ma co udawać, że było inaczej. Mam tylko nadzieję, że ten skurwiel umarł zapijaczony w ostatnią noc grudnia 2010 i dał mi wreszcie spokój. Mam tyle rzeczy do zrobienia, tyle książek do przeczytania, ludzi do poznania, muzyki do posłuchania i stworzenia samemu, pracy nad sobą do odrobienia i życia do przeżycia, że na pewno nie będę miał teraz czasu tęsknić za tym bucem, którego kiedyś na kacu oglądałem w lustrze na mieszkaniu u znajomych, do którego się wprosił o 4 nad ranem zataczając się z rozwalonym ryjem, świeżo po ostentacyjnym olaniu kogoś, komu na nim bardzo zależało. Ten kawałek dedykuję własnie jemu:

 

 

Ten wpis dedykuje Pypciowi i Syropowi, którzy się na chwilę zgubili, ale mam nadzieje, że się jeszcze odnajdą.

Dedykuję go równierz PWS-A.

Soundtrack:
 

13:25, whitetrash69
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 maja 2011
Chciałbym umrzeć jak James Dean

A tu, prawda, maj. Kolejny miesiąc bez picia. Kolejny miesiąc i nie wiem, czy jest dobrze. Głody mi sie nasilają, zachowuję się irracjonalnie i mam problemy z asertywnością. I damy już nie chcą się ze mną psuć. Niby w sumie nic się takiego znowu nie dzieje, ale znacie to uczucie, jak mały kamerdol w trampku zaczyna po jakims czasie urastać do rozmiaru diabolicznie gniotącego głazu? No właśnie...

Chodzę na AA. Chichot losu, bo zawsze jebałem z nich na potęgę. Wogóle ironia losu ostatnio kłuje mnie niczym Wuj Staszek Mistrz Ciętej Riposty. Siedząc dzisiaj pod wszechnicą produkującą życiowych fajtłapów, czyli instytutem, kaj nauki pobieram z przyjacielem mym Jajckiem, ujrzeliśmy dwóch klasycznych bezomnych żuli w odmianie "Prorok Dynksiarz". Jeden stał w miejscu, drugi nurkował w śmietniku i strasznie na pierwszego klął. Wiadomo, że w pierwszym odruchu wydawali mi sie obaj śmieszni i żałośni. Półtora pikosekundy później uświadomiłem sobie, ze ja choruję na to samo co oni i w sumie nie mam prawa ich traktować jako trampoliny po której poskacze sobie moje poczucie własnej wartości, żeby pobyć chwilę nieco wyższe. 

Ciekawe rzeczy u mnie z muzyką. Z jednej strony masakruję się z jakimś takim masochistycznym zacięciem, nowa płytą Iperyt pt. "No State Of Grace". Rzecz jest arcyprzepyszna. Chorobliwe, nieludzkie i  odczłowieczone połączenie blacku, elementów death metalu, gabber/hard techno i coraz wyraźniejszych elementów industrialu, tym razem bardziej wyrafinowane i dojrzalsze niż ultra-brutalne "Totalitarian Love Pulse", ale przez to wymagające więcej refleksji i skupienia. Rewelacja.
Z drugiej mańki mam wiosenny nawrót płomiennej miłości do Social Distortion, Mike'a Nessa solo, Backyard Babies, Partii, The Ghastly Ones, Pitbull Farm i wogóle całego tego pierdolnika, któren jako jedyny na świecie zasługuje na to, zeby używać nazwy Rock'n'Roll. Wogóle nowa płyta Social D "Hard Times and Nursery Rhymes", mimo okładki w stylu "Środkowy Jaszak", chyba już pozostanie w ciepełku na foteliku z napisem "Album Roku 2011". 
Z trzeciej zaś perspektywy ostatnio nałogowo ćpam wręcz album "Granda" niejakiej Moniki Brodki. Laska jest rok młodsza ode mnie, akurat w moim typie z urody ogólnej, wygrala kiedyśtam "Idola", nie dała się destruktywnemu kolektywowi "Jacek >Pretensjonalny? Moi?< Cygan & Polski Przemysł Muzyczny" i dojebała najbardziej klasowym albumem popowym zaeszłego roku. Na powód mych peanów składa się znakomita, eklektyczna muzyka, łącząca w sobie dyskretny pop, elementy folku, elektroniki, wpływów skandynawskiej awangardy w stylu Bjork, Royksopp itd., zajebiste teksty (przy "Saute" mam ochotę robić całe mnóstwo irracjonalnych rzeczy, w rodzaju zatrzymywania pociągu gołymi rękami, czy przeskakiwania przez dom sąsiada, a z reguły polskie tzw. "erotyki śpiewane" wywołują u mnie jeno zażenowania wstydliwy uśmieszek...) i nade wszystko fenomenalna interpretacja wokalna Moniki B., która śpiewa, ćwierka, kiedy trzeba jest dojrzałą, swiadomą siebie kobietą, kiedy indziej zadziwioną niedorzecznością świata dziewczynką... No pycha, generalnie. Mam takie wrażenie, ze Brodka nagrała album, jaki bezskutecznie usiłowała zmajstrować pozbawiona talentu Peszek Marysia przez całe swoje artystyczne bytowanie. Bierta, słuchejta, uczta się, chłońta.

Jutro też na koncert Brodki się wybieram, ryzykując uszkodzenie mózgu, wywołane zbyt dużym stężeniem zajebanych hipsterek na metr kwadraciany.

 

Refleksja na bieżący miesiąc: ja strasznie mocno kocham, tylko jeszcze nie wiem kogo. 

 

Słuszał ja:

Czy ktoś się tego spodziewał? 

 

02:07, whitetrash69
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 10 kwietnia 2011
White Trash Junkie Messiah

No i tak. Czwarty miesiąc się zaczął jak usiłuję ogarnąć co sie dookoła dzieje. Wiadomość dobra: trzymam się mocno w niespożywaniu. Wiadomość zła: niespecjalnie ogarniam. Gdyby nie wydatna pomoc Jacka, Jagody, Adriana, Leszka W., Ruskiego, Hajdugi i Szanownej Jaśniepsycholog tobym prawdopodobnie nie był taki kozak. Dziękuję im wszystkim.

Schudłem.

Mam ostatnio zasadniczy problem. Nie wiem czy to wiosna, czy ki chuj, ale czuję się tak okrutnie samotny, jak to tylko w najgorszych pościelówach Cher się zdarza. Na dodatek, jakby kumulacja, przestało mi iść z płcią przepiękną tak, jak mi pierwej szło. Myślę, że chyba zacznę wierzyć w karmę, albo chociaż w równowagę w przyrodzie.  
Nie mówię nawet o jakichś knajpianych (hehe, dobre sobie...) romansach na jedną noc. Tu to już jest kamikaze tupolew katastrofa, więc nawet nie próbuję. Ale mnie się marzy obudzić się obok kogoś, uśmiechnąć się, zrobić komuś śniadanie, usłyszeć, że nie jestwem taki najgorszy i te wszystkie romantyczno-lukrowane bzdety, które dotychczas obchodziłu mnie tyle, co dane nt. spustu surówki w Erywaniu. Nawet zaliczyłem ostatnio z powodu tego chciejstwa kosza spektakularnego jak u Michaela Jordana. Z drugiej strony wiem, ze póki co to wogóle nie ma żadnego sensu większego, a to z prostego powodu, ze związek to jest jednak odpowiedzialność. Z powodu spędzenia ostatnich kilku lat z głową we własnej dupie na dzień dzisiejszy nie jestem w stanie wziąć odpowiedzialności sam za siebie, a co dopiero za kogoś innego. Także muszę zacisnąć zęby i przetrzymać te moje "serca uniesienia", traktując je jako fanaberie chlora na głodzie, bo nie chce mi się już krzywdzić ludzi dookoła.

Janek Gotówka mial taki kawałek, co go Neil Diamond napisał. "Solitary Man" się nazywał. Taka karma widać...

Zdjęcia mi robili.  Ładne nawet.

 

Soundtrack:

14:24, whitetrash69
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 31 stycznia 2011
Animowany Alkoholista

Postanowiłem uczcić jakoś fakt, ze od miesiąca nie tknąłem alkoholu. W tym celu wygrzebałem z najdalsiejszych zakamarów pamięci hasło do tej tu kloaki refleksji wszelakiej i niniejszym siedzę i po raz koelejny mam przyjemność obrzygać państwa moją samoświadomością.
Leczę się. Normalnie ganiam na terapię, na której wraz z całą wesołą ząłogą 40-letnich chlorów, którzy zostali zmuszeni przez żonę, albo MOPS do leczenia staram się zwalczyć odrych sięgania po flaszkę w dowolnym momencie mojego zycia, który nie układa sie po mojej mysli. Decyzja została podjęta dosyć radykalnie, a to z powodu, że mi sie to wszystko zaczęło wymykać spod jakiejkolwiek kontroli. Wszystko, się znaczy dom, praca (brak), szkoła (trzecie podejście) i tzw. "momenty", czyli sfera uczuciowa. Doszło do tego, że listopada prawie nie pamiętam, a grudnia, mam wrażenie, chyba wogóle nie było... Siedząc tak na permanentnej korbie wśród podobnych sobie ochlapusów człowiek dość łatwo przestaje zwracać uwagę na takie drobiazgi, jak choćby fakt braku zatrudnienia, wykształcenia, własnego mieszkania czy wreszcie tego, że ma ćwierć wieku na karku i chuja, z przeproszeniem, w swem niełatwem życiu osiągnął. W takiej sytuacji co homo sapiens robi? I tu, pszempaństwa, drogi są dwie zasadniczo:

Pierwsze Primo:  Zaczyna sobie w mózgu budować własne zamki z błota, tj. tak naginać interpretację rzeczywistości, żeby chociaż sam dla siebie jawił sie jako ten rycerz, wojownik, rock'n'rollowa bestia, której nikt nie rozumie, ale to i tak ona (znaczy się ona bestia, nie żeby ja coś tego...) ma rację i wam wszystkim pokaże! Jeszcze będziecie czytać te nagłówki "Odszedł głos przegranego pokolenia", tudzież "Zmarła największa nihilistyczna legenda rock'n'rolla"... Tak sobie myśli napruty homo sapiens, pomiędzy piątym piwem, pierwszym pawiem, atakiem stanu lękowego (bo tak chleje, ze już nie ma po bożemu kaca), zupełnie jakby ignorując fakt, ze dookoła dzieje się prawdziwe życie, nie takie jak w bajce o Jamesie Deanie i GG Allinie.

Drugie Primo (ultimo): Zaczyna  miewac nasz bohater myśli proweniencji autodestrukcyjno-samozajebójczej. I z takimi właśnie obudziłem się 31.12.2010 Anno Domini(k).


Od rana miałem nastrój posłanki Sobeckiej na paradzie równoiści, wszystko mnie wkurwiało, ja sam siebie też. Świeżo uśmierzon napad porannych lęków właśnie mi minął i w mojem łebie pojawiły się obrazy wręcz nieprawdopodobne. Postanowiłem więc, z pełną pretęchą, na koniec roku odłożyć łyżkę. Tak. Dobrześta przeczytali. Plan był: upić się do stanu znieczulenia (a to mi właśnie dość nieźle wychodziło ostatnimi czasy...) i dać se po ożyłowaniu polsilverem. No chyba bardziej żałosnego idiotyzmu nie mogłem już chyba wymyślić. Jako że na sylwka nikaj nie szedłem, postanowiłem (po zakupie oczywista żyletki w wioskowym wielobranżowcu) plan wprowadzic w życie. Kiedy wybiła 22:00 siedziałem przed kompem ze świeżą polsilverką w kieszeni i otwartą flaszką w łapie. Flaszka była wina, bo akurat lubię. Na nie/szczęście, po pierwszym winie, przyszło drugie, a potem trzecie, a potem posiałem kajś żyletkę i dostałem napadu niekontrolowanego agresora. To mnie właściwie uratowało, ale jak w południe 1.01.2011 zacząem się nad tym zastanawiać, pomyślałem sobie, jak cholernie kurewsko cieniutka jest banda, po której jadę od w sumie 3 - 4 lat. Ile razy olewałem problemy, które zamiast znikać się tylko nawarstwiały. Ile razy rzucałem wszystko i szedłem zalać pałę (przeważnie ostatnio nie na swój koszt...), ile czasu straciłem na, bywało parodniowych, rajdach z flaszką w jednej łapie, szlugiem w drugiej i rozbitym ryjem. Ile znajomych sie odwróciło, ilu okazało się zwykłymi chujami, a mimo to nadal dałbym się nożem za nich posmyrać, ile dziewczyn nie chce mnie znać, ile uważa poznanie mnie za największy błąd swojego życia. Jak bardzo musiałem cały czas uciekac przed rzeczywistością swojego własnego, kompletnie porozpierdalanego i spapranego bądź co bądź życia, którego ja de facto z calych sił unikam, budując kolejne własne matrixy, oparte na wmawianiu sobie "Tak, Tymeczku. Jesteś zajebisty, jesteś badass madafaka, oni się nie znają, ty jesteś ten twardy, pijesz, przecierz nie ćpasz, bo to dla słabych, silni piją i mają kaca, którego znoszą jak prawdziwi twardziele, to chuj że mieszkasz z rodzicami, to chuj, że nie masz pracy, to naprawdę nic jeszcze, ze nawet durnego uniwersyteckiego papierka nie masz, ale jesteś nieomal lokalnym krakowskim Lemmy'm, napędzaną podłą wódą maszyną do bycia zajebistym..." I wtedy pomyślałem sobie jak bardzo sie mylę. 
Od miesiąca nie tknąłem alkoholu. Nic. Nul. Niczewo. Nawet pieprzonej czekoladki z nadzieniem rumowym. Miesiąc. Niby nic. A dacie wiarę, że to najdłuższy mój okres abstynencji od bodaj 4 czy 5 lat?

No właśnie....

Soundtrack:

 

POWYŻSZY TEKST ZOSTAŁ NAPISANY W PRZYPLYWIE AUTOREFLEKSJI AUTORA, WIĘC JEZELI KTOŚ MA Z TYM JAKIS PROBLEM, NIECHAJ WYKONA CO NASTĘPUJE:

1) ZŁAPIE SIĘ ZA GŁOWĘ
2) OWINIE JĄ SOBIE W PERGAMIN
3) WSADZI JĄ SOBIE W DUPĘ

AMEN

23:04, whitetrash69
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3